pół tu, pół tam…
… znacie to uczucie? Ja poznałem, nie, nie widziałem tunelu z światełkiem na końcu, nie, nie obudziła mnie pielęgniarka, ale też było fajnie. Stoję, przystanek, czekam, marznę, podjeżdża, wchodzę, siadam. Mimo tego, że myśli setki, jak to zawsze w autobusie, zmęczenie wygrywa, jeden przystanek, trzymam się, drugi, trzeci, ale już na czwartym, powieki pomału opadają, czuję ten błogi stan, nie mogę tego dłużej powstrzymywać, gdzieś pomiędzy 5 a 6 najzwyczajniej w świecie zasnąłem. Śpię, nie przeszkadza mi nic, tłok, smród, i to że moja głowa obija wściekle szybę. Dopiero, gdy jakaś starsza pani, poobijała mnie wypakowanymi reklamówkami z biedronki, obudziłem się. Analiza, gdzie ja tak właściwie jestem, autobus, dużo ludzi, plecak jest, jeszcze nikt mnie nie okradł. Ale zaraz, zaraz, co to właściwie za przystanek? Patrze przez okno, próbuję się zorientować, na pół przytomny, wspomniana babcia z zakupami, już się wygrzebała z autobusu, patrze, myślę, KURWA przecież to moje osiedle, zrywam się, biegnę, taranuję ludzi, rzucam sie do drzwi, no i pyk. Prawie zdążyłem, a tak właściwie, to tak w połowie zdążyłem… Połowa mnie jest już, na przystanku, druga niestety jeszcze w autobusie i tylko te cholerne zamknięte drzwi, nie pozwalają mi zmienić tego stanu rzeczy, więc tak sobie stoję, zawieszony pomiędzy tymi 2 światami, słysząc, przerażenie ludzi w autobusie i równocześnie śmiech ludzi na przystanku. Kierowca się zlitował, po chwili otwarł, pozwolił mi wybrać, gdzie tak właściwie wolałbym być, wybrałem przystanek, sprawdziłem tylko czy jestem cały, tak dla pewności, niepozornym rzutem oka po moim ciele. Głodny już jestem, więc ruszyłem do domu na spóźniony obiad…