życia radość…
Kolejny taki dzień, pobudka, praca, coś tam, maraton po kanałach telewizyjnych przy spóźnionym obiedzie, i nagle to, ta scena, w jakimś tam serialu, czy cokolwiek to było. Babcia jakaś, mówi do dziadka, jeszcze bardziej jakiegoś, coś tam, nie mam pojęcia co, przecież nie słuchałem, po prostu trenowałem kciuk, na pilocie, ale mimo to, wpadło do głowy, przeleciało przeze mnie, poobijało resztki moich, przepalonych szarych komórek pobudzając synapsy. “Radość życia”. Schabowy w moich ustach odsapnął sobie z ulgą, przestałem go żuć, mizeria się uśmiechnęła, bo odłożyłem na bok, tylko ziemniaki przyjęły tą całą sytuację ze stoickim spokojem, im zawsze wszystko było obojętne. Zaczęło się, myślę, “Radość życia”, co to tak właściwie jest? Gdzie występuje, w jakim środowisku najlepiej się rozwija, czym się żywi, czy to się rozmnaża? żyworodne? Jest pod ochroną? Kiedyś coś tam słyszałem, jakieś historie, opowieści, legendy? Wydaje mi się, że nawet kiedyś widziałem, może nawet poczułem, nie mam pewności. Nie chce mi się, dalej o tym myśleć, męczę sie tym, przełknąłem kotleta, zamieszałem w mizerii, uśmiechnąłem się do ziemniaków. Jakiś film zobaczę, wypiję piwo, położę się, zasnę, bo rano trzeba zacząć kolejny dzień, może lepszy, oby. Pomyślę o tej “Radości życia”, kiedyś tam, może, przy jakiejś okazji.